Posted inBlog

„Fernando” – Łukowa

admin / Posted on / Comments off

[read_meter]

Po niemieckiej akcji „Wehrwolf” z czerwca i lipca 1943 r. do wsi na południu Puszczy Solskiej przesiedlano przymusowo Ukraińców z sąsiednich powiatów. Zajęli oni miejsce wysiedlonych polaków – którzy trafiali do obozów przejściowych, obozu na Majdanku i wywożeni byli do pracy w głąb Rzeszy. Celem obecności Ukraińców, zgodnie z niemieckimi planami, była zmiana stosunku narodowościowego w miejscowościach z przewagą katolików. Dla ochrony osiedleńców Niemcy stworzyli sieć posterunków w których stacjonowali zarówno policjanci/żandarmi okupanta jak i policja ukraińska. Ich celem była ochrona nasiedleńców przed Polakami oraz kontrola ruchu ludności ukraińskiej. Presja na nią rosła wraz z powrotem polskich gospodarzy z obozów (Niemcy zwolnili pewną cześć polaków w sierpniu 1943 r.). Niekiedy ukraińscy cywile, zastraszeni przez prawowitych właścicieli, decydowali się na ucieczkę z zajmowanych domostw i powrót do swoich miejscowości.

W Łukowej, Aleksandrowie, Księżpolu i innych miejscowościach posterunki policji przybrały kształt umocnionych budynków gotowych do odparcia ataku partyzantów. Polacy wiedzieli, że to posterunki powstrzymują Ukraińców od masowej ucieczki – stąd pomysł, by je zaatakować i zlikwidować. Akcja z końca października była punktem kulminacyjnym serii ataków jakie polskie podziemie przeprowadzało jesienią 1943 r.

Na noc z 23 na 24 października wyznaczono termin ataku na dwa posterunki: w Łukowej i Księżpolu. Przebieg tego pierwszego znany jest dzięki relacji którą pozostawił Zbigniew Tadeusz Rżewski „Fernando”1.

Zbigniew Rżewski urodził się w 1920 r. w Łodzi jako najmłodszy syn ówczesnego prezydenta tego miasta – Aleksego. Po maturze zdanej w rodzinnym mieście trafił do Szkoły Podchorążych Artylerii Konnej we Włodzimierzu Wołyńskim. W listopadzie 1939 r. Aleksy został zamordowany przez Niemców w ramach akcji likwidacji polskiej inteligencji a jego rodzina została wysiedlona – trafiła do Biłograja. Tam Zbigniew zaangażował się w działalność najpierw ZWZ a później AK2. Udział w akcji na Łukowę był jednym z wielu jego działań. Poniższa relacja została spisana parę dni po wydarzeniach w niej przedstawionych. 

We czwartek 21 października 1943 r. przyjechał do nas komendant Adam [Stanisław Prus, szef dywersji], a wraz z nim oddział “N” [“Norberta” – Jana Turowskiego]. Zespolenie oddziałów “Groma” [Edwarda Błaszczaka], “N”. i “Wara” [ Włodzimierz Hascewicza] pod jednolitym dowództwem miało nam dopomóc w osiągnięciu pewnego celu, mianowicie w zlikwidowaniu posterunku niemiecko-ukraińskiego w Łukowej w pow. biłgorajskim.

Na odprawie każdy oddział dostał ściśle określone zadanie. Plan zaatakowania wyglądał następująco:
-oddział kierunkowy, a zarazem szturmowy – Groma.
-oddział lewo-skrzydłowy N. ma obsadzić przyczółek zachodniej ściany.
-oddział Wara ma zająć stanowiska z kierunku północno-wschodniego.

Uderzenie ma nastąpić z frontu z tym, że o ile uda się zaskoczenie i zlikwidowanie po cichu warty, drużyna specjalna pod osłoną RKM założy ładunek i zrobi wyłom wysadzając drzwi. Następnie “Grom” z grupą szturmową ma wpaść do środka, wezwać załogę do poddania się, a w razie oporu zlikwidować ją. W międzyczasie drużyna specjalna ma uskutecznić roboty niszczące przy pomocy pocisków względnie butelek zapalających.

Wyruszyliśmy o godz. 15 min. 20 marszem ubezpieczonym traktem Józefów – Osuchy. O zmroku stanęliśmy pod Osuchami – 2 km. przed Łukową. Otrzymujemy ostatni meldunek sytuacyjny: załoga ubezpieczona, drzwi posterunku i gminy zamurowane, w oknach porobione są strzelnice i wyrzutnie granatów. Nie zmniejsza to zapału bojowego, raczej podnieca, rodzi się dziwna ambicja – im większe niebezpieczeństwo, tym lepsza robota.  Cóż może powstrzymać chłopców rwących się do czynu, do walki za krzywdy, za śmierć, za niewinnie przelaną krew swoich najbliższych.

Cisza wieczorna łagodzi podniecenie, uspokaja bujniejsze temperamenty. Gwiaździste niebo, nisko gęsta mgła i ostatnie przygotowania stwarzają nieokreślony nastrój pełen napięcia. Dochodzimy do cmentarza – 300 metrów przed Łukową. Tu zostawiamy wóz sanitarny, dr Oldan [Tadeusz Błachuta], dr Helena oraz sanitariuszka Maria tworzą punkt opatrunkowy, gdzie w miarę możliwości mają zlepiać uszkodzone ciała braci partyzantów.
Na ustach niektórych ironiczny uśmiech: “Cmentarz, dobre miejsce, co?”
Milkną żarty i rozmowy, ustaje hałas. Padają ostatnie rozkazy. Powaga chwili i ważność zadania zespalają wszystkich, każdy zna stawkę. […] Przegrana może zniszczyć niezłomna wiarę w zasadność ponoszonych trudów, u tych którzy ośmielili się chwycić za broń i poświecić swe życia dla sprawy, a równocześnie pogłębi butę zbirów ukraińskich, wzmocni ich pewność siebie, zrodzi dalsze rozzuchwalenie w maltretowaniu ludności, aresztowanych i rozstrzeliwanych bezbronnych.
[…]Nie można tracić czasu – 50 metrów od nas posterunek. Jeszcze moment, zdążymy. Niestety, nagle pada strzał – jeden, krótko po nim drugi. Wartownicy wpadają na posterunek, alarmują załogę. Słychać wrzask, tupot, przekleństwa. To Ukraińcy, współpracujący z Niemcami, wdrapują się na strych, zajmują stanowiska przy otworach strzelniczych.Następuje chwila ciszy. Oddziały nasze zajmują stanowiska. Komendant “Adam” [Stanisław Prus] spokojnym głosem wydaje rozkazy. Uspokaja zdenerwowanych nieco saperów. Od nich bowiem zależy powodzenie naszej akcji.
– Ładunek ma być podłożony pod osłoną naszego ognia. Z posterunku odzywają się już karabiny maszynowe. Świst kul przygważdża nas. Wybuch granatów utrudniają zajęcie lepszych stanowisk. Przeciągle serie trzymają nas plackiem przy ziemi. Krótka przerwa wystarcza, maszynki są gotowe – czekają.

Komenda „ognia!” i lecą wspaniałe smugi świetlne. Przez kilka minut płynie twarda, tak słodka dla ucha żołnierza melodia. To śpiew śmiertelnych kochanek partyzantów. Grad kul zmusza nieprzyjaciela do przerwania ognia. Chwila ciszy. I znów ze wszystkich strzelnic nacjonaliści ukraińscy odpowiadają ogniem.

Odróżniamy 1 CKM, 2 RKM i fujarki wspierane przez karabiny. Będzie ciężka robota. Wzywamy do poddania się. Odpowiadają nam ogniem. Nie oszczędzają granatów. Trzask broni ręcznej, rozmowy, śmiechy i drwiny denerwują nas. „Sukinsyny” pada tu i ówdzie przekleństwo. Strzelcy nasi macają otwory strzelnic. Zasypują ogniem cały front domu. Obustronny ogień trwa nieustannie.Komendant wzywa Groma. Szybka rzeczowa wymiana słów. Saperzy w tych warunkach, w takim nasileniu walki, nie odważają się podłożyć ładunku pod rażące ogniem opancerzone drzwi posterunku. Chwila bezsilnej wściekłości. Jak to? Więc to wszystko na nic? Czyż nie ma żadnej rady? Mamy odejść nie wykonując zadania? Odejść z przegraną? My, zaczątek przyszłej Armii Polskiej, mamy ugiąć się przed ukraińskimi kulami? Nie – nigdy – błysk oczu, zaciśnięte pięści… ale jest decyzja, słychać “Groma”:
-Chłopcy, kto za mną? “Grom”, nasz “Grom”, jak zwykle pierwszy. Gorączkowe przygotowanie. “Grom” Sprawdza ładunek, spłonkę, lont i wraz ze starszym strzelcem „Spadochronem” [Józefem Turczyniakiem] skokiem znajduje się o 15 metrów od drzwi gminy. Widzą to Ukraińcy. 

Oddział „Groma” – w tym uczestnicy akcji na Łukową. Na fotografii od lewej: Józefat Żmuda ps. „Czarny”, Krystian Herc ps. „Hel”, Józef Turczyńiak ps. „Spadochron”, Lucjan Hajduk ps. „Ogień”, Adam Czapka ps. „Cegła”, Czesław Krzemiądek, Jan Naklicki ps. „Dyplomata”.
fot. nieznany (?) / zbiory Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. H. Łopacińskiego w Lublinie, sygn. 4779/I



Huraganowy ogień zionie ze wszystkich strzelnic! Słychać huk wybuchających granatów. Wtem cichy jęk. “Spadochron” ranny. Zamarliśmy w bezruchu, z wstrzymanym oddechem i bijącym sercem obserwujemy sylwetkę “Spadochrona”. Czarna plama leży nieruchomo.
– „Boże” – wyraz ten zawisł na naszych ustach.
– Nie, rusza się, podnosi. Skoczył, – już jest bezpieczny. Pierwszy opatrunek. – Ledwo skończono, wyrywa się po raz drugi. Jaki dowódca, tacy żołnierze.Tymczasem “Grom” dostaje się pod drzwi. Ani ogień pistoletów maszynowych, ani granaty nie zdołały wstrzymać go od wykonywania zadania. Widać błysk zapałek – jedna, druga, trzecia. Sekundy zdają się być godzinami. Lont nie pali się. Mój Boże, tyle wysiłku, tyle bohaterskiego oddania się sprawie i wszystko na nic. “Grom” bezradny siedzi skulony pod drzwiami, z których na każdy nieostrożny ruch czyha pistolet maszynowy. Rozpryski granatów dookoła zamykają mu drogę wycofania się. Wreszcie jedną rękę uzbrojoną w Visa wkłada do otworu strzelnicy. Oddaje parę strzałów. Drugą ręką chwyta skrzynkę wybuchową, odrywa się. Oczy wszystkich wpatrzone są w niego. Jeszcze 5 kroków, jeszcze jeden skok, już. Ocalał. Zdyszany, płonący gorzką wściekłością. Znalazł się między nami z ładunkiem i niedopalonym lontem. Znowu serie KM, znowu przerwa. Taki stan podnieca, rodzi bunt szlachetnej zawziętości. 

Plutonowy “Osa” i kapral “Radykał” [Józef Droździel] z drużyny saperskiej chwytają nowy ładunek i biegną mimo ustawicznego ognia ze wszystkich strzelnic i wybuchu kilkunastu granatów. Dwie sylwetki zdążają ku drzwiom. W połowie drogi “Radykał” pada przerwany granatem. Pada wpatrzony w biegnącego kolegę z rękoma wyciągniętymi ku drzwiom. Osa podstawia ładunek. Błyskawicznie wyciąga pudełko zapałek. Otwiera, – puste. W podnieceniu zapomniał zapałek. – Czarna rozpacz rozpiera mu piersi, ogarnia wściekłość.Krzyczy: – Zapałek! Kto ma zapałki? Ukraińcy słyszą to i biją ze wszystkich maszyn, bezustannie rzucając granaty, aby nie dopuścić do podania zapałek. Ogień obustronny. Wtem detonacja… potężny słup ognia. Lecą na nas całe masy cegieł i blachy. Wraz z nimi spada i “Osa”, nieprzytomny, zepchnięty prawie do rzeczki, która płynie pod naszymi stanowiskami. Lecz tu prędko przychodzi do siebie. Nikt z nas nie wie, co spowodowało wybuch i jakim sposobem znalazł się tu “Osa”, który przed chwilą był pod murem i czekał na zapałki. Dopiero gdy oprzytomniał, pytał, czy wybuch nastąpił i czy drzwi wyrwane.“Osa” widząc, że podanie zapałek jest niemożliwe decyduje się za cenę życia wykonać zadanie. Odbezpiecza granat, kładzie na spłonkę i odskakuje. W tym momencie następuje eksplozja. Siła wybuchu gazów odrzuca go do nas.

Nie przebrzmiały jeszcze echa wybuchu, gdy “Grom” ze swą grupą szturmową uczynionym wyłomem wpada do wewnątrz. Za nim wśród pierwszych byli komendant “Adam”, “Norbert” i “War” z najdzielniejszymi żołnierzami, którzy dotrzymali kroku swym dowódcom. Pomimo eksplozji Ukraińcy bronią się nadal. Wybuchają wciąż granaty, jazgocą KM-y. Wnet jednak zepchnięto broniących się. “Murw”, “Czarny” [Józefat Żmuda], “Spadochron” szachują ogniem KM-ów strzelających z bunkrów Ukraińców. Komendant “Adam”, mimo zamętu, dymu, walących się ścian, nieustannych serii km, wydaje rozkazy i kieruje walką. 

-”Fernando”, 150-ka!
“Fernando” momentalnie ładuje na ramię 40 kilogramowego “buldoga” [możliwe, że był to pocisk kalibru 150 mm stosowany w niemieckiej wyrzutni typu Nebelwerfer, ważył on 34.5 kg] i niknie w zadymionym wnętrzu gminy. Dopiero po opanowaniu budynku można zobaczyć obraz zniszczenia. Przed wejściem stos cegieł na wysokość 1 metra, drzwi wraz z futryną wyrwane, dwie ściany wewnętrzne zburzone, w powietrzu swąd gazu i prochu, tumany pyłu. Do tego niemiłosierny trzask broni maszynowej naszych żołnierzy i wybuchy granatów w połączeniu z podnieceniem nas wszystkich stwarzają całość trudną do opisania. 

“Fernando” tymczasem wypełnia powierzone mu zadanie. Taszczy “buldoga” do drugiego pokoju, gdzie “Grom” ze swoimi ludźmi kontynuuje robotę, szybko łączy lont i spłonkę, wkłada w otwór pocisku i wyciąga zapałki. Lecz nie chcą się palić. “Fernando” klnie jak szewc i tarmosi kieszenie. Na szczęście zjawia się “Grom” z zapałkami, wyciąga lont i zapala po raz drugi. I znów to samo-gaśnie. Podczas gdy Grom usiłuje po raz trzeci zapalić lont, “Fernando” i “Hel” [Krystian Herc] rzucają butelki zapalające. Brzęk szkła, wybuch, słup ognia strzela w sufit. Wybiegają…

Chwila okropnej ciszy. Oczekiwanie z zapartym oddechem. Detonacja i potężny wstrząs przeraża, ale równocześnie łagodzi napięcie. Powstaje ruch, jedni wychodzą z ukrycia, inni zajmują stanowiska, obserwujemy, jak stopniowo płomienie ogarniają budynek. Już widać kłęby dymu i słup ognia, słychać trzask i syczenie, czuć swąd dookoła. Już czerwona łuna pokrywa niebo. Już pęka rozżarzony dach, walą się ściany.A harda załoga ciągle strzela z bunkra, z nieobjętej płomieniem części budynku. Wtedy kpr. „Kaczmarczyk” [Wincenty Kołtun] samorzutnie chwyta butelki z benzyną, biegnie pod mur, wrzuca je przez otwór, przy czym sam pada śmiertelnie ranny.

Tymczasem z budynku dochodzą nas odgłosy rozgrywającej się tam tragedii. Z początku ciche, potem coraz to głośniejsze jęki, płacz, wołanie przechodzące w klątwy i mrożące krew w żyłach wycie. Słychać dokładnie poszczególne wyrazy, które dają wyobrażenie o iście dantejskim obrazie płonącego wnętrza :
-Johan, Johan, Hilfe, Hilfe…
-Um Gottes Willen…
-Ludy, ratujte…

Cały dom w ogniu, okna wyrzucają zwały dymu. Z piwnic dochodzi jeszcze parę jęków. Potem cisza i nic już nie przerywa groźnej pracy płomieni. Sygnał odwrotu. Ściągamy ubezpieczenia i odchodzimy w kierunku na Osuchy. Za nami cisza i łuna dogasające zemsty.

Sprawdzenie stanu amunicji i oporządzenia. Komendant “Adam” obejmuje dowództwo nad całością:

-Obywatele “Grom”, “Osa” i “Spadochron” – Wystąp! -W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej udzielam wam najwyższej pochwały.

Mocny uścisk dłoni, pocałunek. Na wozie ciała “Radykała” i “Karczmarczyka” pokryto naprędce zebraną zieleniną. Komendant, chcąc uczcić bohaterską śmierć poległych zarządza minutę ciszy.

Autor relacji, “Fernando”, zginął trzy tygodnie później – 4 listopada na stacji Długi Kąt. Oddział “Groma” stoczył tam walkę z Niemcami – jedyną ofiarą był właśnie Rżewski. Pochowany został na cmentarzu w Górecku Kościelnym. 

Kamil Kopera
październik 2020
#WeekendOsuchy44 4/2020

  1. pierwotnie tekst opublikowany został w: Zamojszczyzna w walce z Niemcami 1939-1944, [red] Z. Klukowski, Zamość 1946
  2. https://dzienniklodzki.pl/aleksy-rzewski-byl-prezydentem-lodzi-jego-wnuk-tomasz-zostal-zolnierzem/ar/c15-14886793